← wszystkie odcinki miniatury do review →

Babilon. Brama bogów, która stała się bramą do piekieł

Odcinek pokazuje Babilon jako miasto, które z prowincjonalnej osady wyrosło na centrum starożytnego świata, a potem stało się ruiną i mitem. To zarazem opowieść o władzy, architekturze, wierze i pamięci, która przetrwała dłużej niż samo miasto.

11540 słów ~82 min 14 części high: 0medium: 13low: 37
Bez muzyki
Ambient Music — AtlasAudio
AtlasAudio — Ambient Music (Pixabay Content License)
Ambient — PaulYudin
PaulYudin — Ambient (Pixabay Content License)
Ambient — leberch
leberch — Ambient (Pixabay Content License)

Wstęp

Dziś opowiem o mieście, którego nazwę zna cały świat, choć prawie nikt nie potrafi wskazać na mapie miejsca, w którym naprawdę stało. Babilon. Dla jednych to biblijny symbol zepsucia, wielka nierządnica siedząca nad wodami wielu, dla innych wieża sięgająca nieba i pomieszanie języków, dla jeszcze innych wiszące ogrody, jeden z siedmiu cudów starożytnego świata. Wszystkie te obrazy mają w sobie ziarno prawdy. Żaden nie mówi jednak, czym Babilon był naprawdę.

Prawda zaczyna się w miejscu, które dziś trudno dostrzec nawet z lotu ptaka. Około osiemdziesięciu pięciu kilometrów (53 mile) na południe od Bagdadu, na płaskiej równinie otoczonej gajami palmowymi, między Eufratem a Tygrysem, na wschodnim brzegu Eufratu leżą niskie kopce gruzu. Arabowie nazywają je Atlal Babil, ruiny Babilonu. Nie ma tu kamieniołomów, nie ma gór, jest tylko muł, trzcina i palmy daktylowe. Wszystko, co w tym miejscu powstało, powstało z gliny i z woli ludzi, którzy postanowili oszukać rzekę i czas.

Sama nazwa brzmiała wówczas Babilu, od słów bab ilim, brama bogów. Grecy przekształcili ją w Babilon, Hebrajczycy w Babel, a chrześcijańska Europa dopisała do niej całą historię upadku. Problem polegał na tym, że miasto noszące imię bramy bogów przez pierwsze stulecia swojego istnienia było zaledwie prowincjonalną osadą, jednym z wielu punktów na handlowej mapie Mezopotamii. Nikt wtedy nie przypuszczał, że właśnie tutaj powstanie stolica imperium, które na zawsze odmieni wyobrażenie o władzy.

Ta opowieść jest o tym, jak z glinianej osady wyrosło największe miasto starożytnego Wschodu, i jak potem, cegła po cegle, zostało rozebrane, spalone i zapomniane. O władcach, którzy wypisywali swoje imiona na murach, i o zdobywcach, którzy kazali je z tych murów zeskrobywać. O kapłanach Marduka, o bankierach z glinianymi tabliczkami, o uczonych, którzy liczyli gwiazdy i przepowiadali zaćmienia. A także o tym, co zostało po wszystkim: o micie, który okazał się trwalszy niż mury, świątynie i imperium.

Ironia losu sprawiła, że miasto, które dało światu Kodeks Hammurabiego – pierwszy odkryty przez archeologów spisany zbiór praw mezopotamskich – i stało się centrum nauki, kultury oraz astronomii, zapamiętano przede wszystkim jako miejsce kary. Zanim jednak opowiem, jak Babilon stał się w ludzkiej wyobraźni bramą do piekieł, trzeba cofnąć się o cztery tysiące lat, nad brzeg Eufratu, do chwili, w której wszystko się zaczęło.

01. Brama bogów: miejsce, którego nie miało jeszcze być

Gliniana tabliczka wielkości dłoni, zapisana gęstym pismem klinowym, nie zawiera ani poematu o stworzeniu świata, ani inskrypcji fundacyjnej wielkiego króla. Zawiera nazwę roczną. W Mezopotamii kolejne lata oznaczano właśnie w ten sposób, od najważniejszego wydarzenia, jakie w danym roku nastąpiło, a jedna z takich nazw, z panowania Szar-Kali-Szarriego, władcy Akadu, donosi o założeniu świątyń Annunitum i Ilaby w miejscu zapisanym jako KÁ.DINGIRki. Dzisiaj odczytujemy ten zapis jako Babilon. To najwcześniejsza dość pewna wzmianka o mieście, które później miało uchodzić za pępek świata, i brzmi ona zdumiewająco zwyczajnie: ot, adres dwóch świątyń, odnotowany w urzędowym rejestrze z lat od dwóch tysięcy dwustu siedemnastego do dwóch tysięcy stu dziewięćdziesiątego trzeciego przed naszą erą.

Zanim jednak ktokolwiek zapisał tę nazwę, trzeba było znaleźć miejsce, w którym mogła powstać. Babilon leżał na rozległej równinie między Eufratem i Tygrysem, w południowej Mezopotamii, nad samym Eufratem, na jego wschodnim brzegu. Rzeka była tu wszystkim: drogą handlową, źródłem wody, granicą świata i osią codziennego życia. Wokół ciągnęły się gaje palmowe, a krajobraz przecinały kanały nawadniające. Współczesne ruiny leżą około 85 km na południe od Bagdadu, w pobliżu miasta Al-Hilla, w muhafazie Babil. Stanowisko archeologiczne, nazywane dziś Atlal Babil, zajmuje około 9 km² i składa się z szeregu kopców o arabskich nazwach: Babil, Kasr, Amran ibn Ali, Merkes, Homera, Ishin-Aswad, Sahn. Pod piaskiem i gruzem wciąż kryją się fundamenty miasta, które przez wieki rosło, upadało i podnosiło się na nowo.

Nazwa jest jednym z najbardziej fascynujących śladów tego miejsca. Sumerowie zapisywali je jako KÁ.DIG̃IR.RAKI, co można odczytać jako „brama boga”, a Akadyjczycy przejęli tę nazwę w formie Bāb-ilim, o tym samym znaczeniu. Wariant Bāb-ilāni pozwala tłumaczyć ją jako „brama bogów”. Grecy oddali ją jako Babylṓn, Hebrajczycy jako Babel, Arabowie jako Bābil. Kasyci, którzy na pewien czas zawładnęli miastem, nazwali je Karanduniash. W kolejnych językach pojawiają się jeszcze formy aramejskie, staroperskie, elamickie i mandajskie, ale wszystkie prowadzą do jednego pnia: brama. Brama, przez którą bogowie mieli wchodzić do świata ludzi.

Problem polegał na tym, że ta piękna etymologia mogła powstać znacznie później niż samo miasto. Archibald Sayce, pisząc w latach siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku, twierdził, że nazwa semicka była jedynie tłumaczeniem pierwotnej nazwy sumeryjskiej. I.J. Gelb w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym roku wysunął inną hipotezę: pierwotna nazwa brzmiała Babilla, miała nieznane znaczenie i nieznane pochodzenie, a dopiero później przekształciła się w Bāb-ili(m). Sumeryjskie Kan-dig̃irak miałoby być z kolei kalką semickiej etymologii ludowej, a nie nazwą pierwotną. Paul-Alain Beaulieu poszedł jeszcze dalej, sugerując, że pierwotne miano mogło znaczyć „lśniący”, „jaśniejący” albo „biały”, że czytano je najpierw jako Babbir, a potem Babbil przez zamianę spółgłoski r na l. Innymi słowy, „brama boga” może być nie tyle opisem rzeczywistości, ile próbą nadania sensu nazwie, której nikt już nie rozumiał.

Hebrajska Biblia poszła jeszcze inną drogą. W Księdze Rodzaju imię Babel zostaje powiązane z czasownikiem bilbél, „mieszać”, i wyjaśnione jako „zamieszanie”. To tłumaczenie na stałe przylgnęło do miasta i do opowieści o wieży, która miała sięgać nieba. Tymczasem pierwotna nazwa mogła nie mieć z zamieszaniem nic wspólnego. Historia nazwy Babilonu jest więc od początku historią nakładania się na siebie języków, tłumaczeń i legend, z których każda chce zawłaszczyć to samo miejsce.

A przecież samo miejsce przez długi czas nie wyróżniało się niczym szczególnym. Istnieją ślady osadnictwa prehistorycznego, ale rozwój Babilonu jako ważnego miasta był późny według standardów mezopotamskich. Przed dwudziestym trzecim wiekiem przed naszą erą nie ma o nim wzmianki. Fragmentaryczna inskrypcja wotywna z wapienia, datowana paleograficznie na okres wczesnodynastyczny II, czyli około dwóch tysięcy siedmiuset lat przed naszą erą, może zawierać nazwę Babilonu, ale jej przypisanie do tego miejsca uważa się za wątpliwe. Być może więc pierwsze ślady istnienia miasta są starsze, niż sądziliśmy, ale nie sposób tego dziś zweryfikować. Najstarsza pewna informacja pozostaje ta sama: dwie świątynie, nazwa roczna, urzędowy zapis.

Około dwóch tysięcy dwustu lat przed naszą erą Babilon istniał już jako miasteczko w granicach imperium akadyjskiego. Był wtedy ośrodkiem religijnym i kulturalnym, ale nie stanowił ani niezależnego państwa, ani dużego miasta. To określenie jest tu kluczowe: miasteczko. Niewielki port nad Eufratem, jedno z wielu miejsc, w których można było zatrzymać się na noc, złożyć ofiarę, sprzedać towar. Jego znaczenie brało się nie z politycznej potęgi, lecz z położenia. Rzeka dawała dostęp do handlu, równina do uprawy, a świątynie do pielgrzymek. Babilon nie miał jeszcze niczego, co zapowiadałoby przyszłą wielkość, poza jednym: nazwą, która brzmiała jak obietnica.

Po upadku imperium akadyjskiego przez kilka dziesięcioleci panowała południowomezopotamska dynastia gutejska, a następnie III dynastia z Ur, rządząca całą Mezopotamią, w tym Babilonem. W okresie monarchii III dynastii z Ur, w latach od dwóch tysięcy stu trzynastego do dwóch tysięcy piątego przed naszą erą, mieściła się tu siedziba ensich, zarządców niewielkiej prowincji. Babilon był więc ośrodkiem prowincjonalnym, raczej nieznaczącym, jednym z punktów na administracyjnej mapie imperium. Po czasach Szar-Kali-Szarriego miasto nie zniknęło wprawdzie z mapy Mezopotamii, ale przez długie stulecia pozostawało zaledwie punktem na tej mapie, położonym na równinie, która tylko z pozoru wydawała się pusta. Rzeka, kanały, gaje palmowe i glina do wyrobu cegieł stanowiły całe bogactwo tego miejsca. Nie było tu jeszcze monumentalnych murów ani pałaców, o których mieliby pisać greccy podróżnicy. Był port, świątynie, ludzie, którzy wierzyli, że ich osada ma swojego boga opiekuna. Dla kupca z Ur albo Nippur był to przystanek, w którym można było uzupełnić zapasy, zapłacić cło i ruszyć dalej. Dla okolicznych mieszkańców — miejsce, gdzie załatwiało się sprawy z bogiem i z urzędnikiem. Nie był to jeszcze ośrodek, który narzucałby rytm całej Mezopotamii. Był jednym z wielu.

W trzecim tysiącleciu przed naszą erą nikt jeszcze nie widział w Babilonie bramy prowadzącej do nieba. Jego znaczenie rosło powoli, niemal niepostrzeżenie, z każdym rokiem nabierając ciężaru, którego nie dało się już odwrócić.

A jednak właśnie w tym skromnym porcie, pośród świątyń i magazynów, zaczynała się historia, która miała przetrwać wszystkie imperia. Z perspektywy czasu jego późniejsza wielkość wydaje się tym bardziej zdumiewająca.

02. Sumu-abum, Hammurabi i narodziny imperium

W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym czwartym roku przed naszą erą do Babilonu wkroczył człowiek, który nie był królem żadnego z wielkich mocarstw, a jednak to właśnie jego decyzja miała przesądzić o losach miasta na kolejne stulecia. Nazywał się Sumu-abum, stał na czele jednego z plemion amoryckich i szukał miejsca, w którym mógłby osadzić swoją władzę. Wybór padł na niewielki port nad Eufratem, osadę o skromnej zabudowie i jeszcze skromniejszym znaczeniu. Sumu-abum obrał Babilon za swoją siedzibę i założył pierwszą dynastię z Babilonu. Miasto zyskało pana. Nie zyskało jeszcze wielkości.

Był to moment szczególny. Po upadku trzeciej dynastii z Ur Mezopotamia rozpadła się na szereg mniejszych organizmów, a w próżnię po centralnej władzy wchodzili kolejni ambitni przywódcy. Amoryci nie tworzyli jednego państwa; byli zbiorem plemion, których wodzowie kolejno zakładali własne królestwa. Sumu-abum panował od tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego czwartego do tysiąc osiemset osiemdziesiątego pierwszego roku przed naszą erą i w tym czasie Babilon pozostawał zaledwie jednym z wielu ośrodków na mapie południowej Mezopotamii. Niektóre źródła podają, że przejął miasto około tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego piątego roku, inne przypisują założenie dynastii jego następcy. Ta rozbieżność nie zmienia jednak istoty rzeczy: to Sumu-abum uczynił z osady nad rzeką siedzibę rodu, który miał zapisać się w historii znacznie trwalej, niż mógł przypuszczać.

Władzę po nim objął Sumu-la-ilu, podawany też jako Suma-la-El, panujący w latach od tysiąc osiemset osiemdziesiątego do tysiąc osiemset czterdziestego piątego przed naszą erą. Jeden z przekazów widzi w nim właściwego założyciela pierwszej dynastii, co pokazuje, jak niepewne bywają początki każdej wielkiej historii. Przez dziesięciolecia po objęciu władzy przez Sumu-abuma Babilon pozostawał wciąż małym portem, przyćmionym przez sąsiednie miasta-państwa. Nie był jeszcze ośrodkiem, który narzucałby innym swoją wolę. Rósł powoli, w cieniu potężniejszych sąsiadów, i właśnie ta powolność miała się okazać jego siłą.

Kolejnym władcą, którego imię warto zapamiętać, był Sin-Muballit, panujący od tysiąc osiemset dwunastego do tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku przed naszą erą. Upiększył miasto, zadbał o jego wygląd, lecz nie zdołał wynieść go ponad inne ośrodki. Ambicja popchnęła go do kampanii przeciw Larsie, jednemu z najpotężniejszych miast-państw w regionie. Wyprawa zakończyła się porażką. Sin-Muballit musiał abdykować na rzecz syna, a władza przeszła w ręce człowieka, który miał odmienić wszystko.

Hammurabi objął tron w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym drugim roku przed naszą erą jako szósty władca pierwszej dynastii. Był amoryckim królem, spadkobiercą rodu, który od stulecia rządził miastem o rosnących ambicjach, ale wciąż ograniczonych możliwościach. Na początku nie wyglądał na zdobywcę. Po cichu podporządkował się królowi Larsy, wzmacniał mury Babilonu, upiększał miasto i potajemnie budował oraz szkolił armię. Problem polegał na tym, że w ówczesnym świecie jawna siła prowokowała przeciwników, a cierpliwość pozwalała czekać na właściwy moment.

Moment nadszedł, gdy Larsa wezwała go do dostarczenia wojsk w celu odparcia najeżdżających Elamitów. Hammurabi zastosował się do wezwania. A jednak, gdy tylko region został zabezpieczony, odebrał Larsie miasta Isin i Uruk, zawarł sojusze z Lagasz i Nippur, a następnie całkowicie podbił samą Larsę. I wtedy nastąpił przełom, który odmienił wszystko. Kolejne kampanie prowadził już nie jako władca jednego miasta, lecz jako twórca imperium.

Podboje szły jedno po drugim. Do tysiąc siedemset pięćdziesiątego piątego roku przed naszą erą Hammurabi zjednoczył całą Mezopotamię pod panowaniem Babilonu. Imperium starobabilońskie, którego szczyt przypadł na czasy Hammurabiego, trwało od dziewiętnastego do szesnastego wieku przed naszą erą. Władca nie ograniczał się do wojny. Powiększył i podwyższył mury miasta, prowadził wielkie prace publiczne, w tym okazałe świątynie i kanały, a dyplomację uczynił integralną częścią administracji. Z jego imieniem wiąże się także kodeks prawny, jeden z najsłynniejszych zabytków myśli starożytnej, choć był on tylko jednym z narzędzi, którymi budował trwały porządek.

Skala dokonań miała wymiar, którego nie sposób przecenić. Babilon stał się wówczas największym miastem świata. Przyćmił Nippur jako święte miasto regionu, a cała południowa Mezopotamia zaczęła być znana jako Babilonia. Nazwa, która jeszcze niedawno brzmiała jak zapowiedź, teraz stała się określeniem krainy. „Brama bogów” przestała być bramą lokalnego portu i zaczęła prowadzić do imperium.

Z perspektywy czasu widać jednak, jak kruchy był to blask. Imperium rozpadło się szybko po śmierci Hammurabiego, a za panowania jego syna Samsu-iluny miasto zaczęło podupadać. Babilon pozostawał stolicą i ośrodkiem kultu, lecz jego polityczna potęga nie przetrwała w spokoju. Los miał w zanadrzu wydarzenia, których nikt w czasach Hammurabiego nie mógł przewidzieć. Zaledwie kilkanaście dekad po śmierci wielkiego króla nad miasto miała nadejść armia z północy, a wraz z nią pytanie, czy mury wzniesione tak starannie zdołają powstrzymać historię.

Na razie jednak liczyło się tylko to, co zostało wzniesione. Z perspektywy czasu widać, jak niezwykłą drogę przebył Babilon od chwili, gdy w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym czwartym roku przed naszą erą amorycki wódz Sumu-abum obrał go na swoją siedzibę i zapoczątkował pierwszą dynastię. Było to wówczas miasto portowe, jedno z wielu nad Eufratem, przyćmione przez sąsiednie ośrodki. Nikt nie przypuszczał, że wybór jednego człowieka stanie się zalążkiem przyszłej stolicy. Dopiero szósty władca tej dynastii, Hammurabi, odmienił wszystko. Podbił Mezopotamię, rozbudował miasto i uczynił z niego centrum imperium starobabilońskiego. To, co zaczęło się jako lokalna decyzja, skończyło się jako nazwa całej krainy. A jednak to, co po Hammurabim zostało, okazało się trwalsze niż jego armie. Babilon pozostał miarą, do której przez wieki porównywano inne miasta. „Brama bogów” stała otworem dla historii.

03. Hetyci, Kasyci i asyryjski cień

W tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym piątym roku przed naszą erą nad Babilonem pojawiła się armia, której nikt się nie spodziewał. Prowadził ją Mursilis I, król hetycki, władca ludu z Anatolii, którego potęga rosła szybciej, niż ktokolwiek w Mezopotamii potrafił przewidzieć. Miasto, które Hammurabi otoczył murami i ozdobił świątyniami, zostało zdobyte, złupione i spalone. Nie była to zwykła grabież pograniczna, lecz cios wymierzony w samo serce niedawnego imperium. Babilon płonął, a wraz z nim płonęła wiara, że mury wzniesione przez wielkiego króla zdołają zatrzymać historię.

Problem polegał na tym, że imperium starobabilońskie nie przetrwało próby czasu. Po śmierci Hammurabiego jego państwo rozpadło się szybciej, niż powstawało, a kolejni władcy z dynastii amoryckiej nie potrafili utrzymać jedności. Hetycki najazd nie był więc przypadkowym epizodem, lecz konsekwencją osłabienia, które przyszło zanim jeszcze na horyzoncie pojawił się pierwszy obcy najeźdźca. Miasto zostało zdobyte, splądrowane i spalone, a jego polityczna potęga legła w gruzach. Z perspektywy czasu widać, że właśnie wtedy skończyła się jedna epoka, a zaczęła się następna, w której Babilon miał już nigdy nie być wyłącznie stolicą własnego państwa.

Niewiele później, bo w szesnastym wieku przed naszą erą, około tysiąc pięćset siedemdziesiątego roku, władzę nad miastem przejęli Kasyci, lud z gór Zagros. Nie przyszli jako niszczyciele, którzy znikają po jednym łupie. Zostali. Utworzyli własne państwo, któremu nadali nazwę Karduniasz, znaną też jako Karanduniash, i przez ponad czterysta lat władali Babilonią ze stolicą w Babilonie. Był to okres dziwny i pełen sprzeczności: miasto jako stolica przeżywało zmienne koleje losu, a jego losy znaczyły kolejne wzloty i upadki. Dwukrotnie w tym czasie padło łupem agresorów z zewnątrz, dwukrotnie podnosiło się z upokorzenia.

A jednak to właśnie w czasach kasyckich Babilon umocnił coś, czego nie dało się zniszczyć żadnym najazdem. Stał się centrum literackim i religijnym Mezopotamii, miejscem, gdzie skrybowie przepisywali teksty, a kapłani budowali teologiczny fundament przyszłej sławy miasta. Główny bóg Babilonu, Marduk, został wyniesiony do supremacji w całym regionie. Nie była to zmiana polityczna, której można by dotknąć ręką, lecz przewrót w wyobraźni, trwalszy niż jakiekolwiek mury. Miasto mogło być łupione, ale jego bóg nie dawał się wywieźć na zawsze.

Pierwszy z tych gwałtownych ciosów spadł w tysiąc dwieście trzydziestym piątym roku przed naszą erą. Asyryjski król Tukulti-Ninurta I najechał Babilonię, pojmał kasyckiego władcę Kasztiliasza IV i zdobył Babilon. Z miasta wywieziono liczne skarby, a wśród nich posąg boga Marduka, najcenniejszą rzecz, jaką można było zabrać z pokonanego miasta. Wraz z posągiem zabrano sens, który spajał wspólnotę. Nie był to już tylko łup wojenny, lecz próba odebrania Babilonowi samego tytułu do wybrania.

Niemal sto lat później stało się to samo. W tysiąc sto pięćdziesiątym dziewiątym roku przed naszą erą Babilonię najechał elamicki władca Szutruk-Nahhunte I, kładąc kres dynastii kasyckiej. Dla samego miasta oznaczało to koniec jednej formy panowania i początek kolejnych, jeszcze mniej pewnych. W dwukrotnym złupieniu widać ironię losu: Babilon nauczył się być świętym miastem, zanim nauczył się być miastem bezpiecznym. Im większy prestiż zdobywał, tym częściej stawał się celem.

Wieki jedenasty i ósmy przed naszą erą przyniosły okres, który trudno opisać inaczej niż mianem zamieszania. Na tereny Babilonii przybywały i osiedlały się plemiona chaldejskie, a wraz z nimi zmieniał się układ sił i charakter samego państwa. Babilonem rządziło kolejno kilka różnych dynastii, których władcy, poza problemami wewnętrznymi, musieli mierzyć się ze stałym zagrożeniem ze strony rosnącej w siłę Asyrii. Los miał w zanadrzu dla tego miasta i wzloty, i upadki, ale w tym okresie przeważała niepewność.

Z perspektywy czasu widać, że Babilon nie był wówczas jedynie pionkiem w rękach władców. Był miastem, które miało własne interesy i własne oczekiwania. Jego mieszkańcy domagali się przywilejów, między innymi zwolnienia z pracy przymusowej, niektórych podatków i uwięzienia. Bogactwo pochodzące z handlu sprawiało, że korzystali z mocarstwa zdolnego chronić handel międzynarodowy, ale ponosili też straty z rąk plemion zakłócających porządek. Dlatego Babilon zwykle wolał panowanie asyryjskie od aramejskiego lub chaldejskiego. Ta preferencja brzmi jak paradoks, a jednak wynikała z twardej kalkulacji: lepszy daleki zwierzchnik, który pilnuje szlaków handlowych, niż bliski sąsiad, który je przerywa.

Asyria nie zamierzała jednak poprzestać na pośrednim wpływie. Około siedemset trzydziestego roku przed naszą erą jeden z asyryjskich władców, Tiglat-Pileser III, najechał Babilonię i zdobył Babilon. Jako pierwszy z władców asyryjskich przyjął tytuł króla Babilonu i tym samym utworzył unię personalną Asyrii i Babilonii. Był to moment przełomowy: dwa państwa, dotąd rywale, zostały związane jednym berłem. Babilon nie przestał być Babilonem, ale jego losami zaczęto rozporządzać z północy.

Unia personalna nie oznaczała spokoju. Babilon nieustannie się buntował, a historia miasta z tego okresu jest historią kolejnych powstań i kolejnych tłumień. Asyria zdominowała region i utrzymywała swoją zwierzchność niemal nieprzerwanie, zwykle przez rodzimych królów, a czasami osobiście przez królów asyryjskich. Przez dziesięciolecia trwała gra, w której Babilon domagał się dawnych praw, a Asyria odpowiadała siłą. Z tej gry miała narodzić się katastrofa.

Kulminacja przyszła za panowania nowoasyryjskiego króla Sennacheryba, który władał w latach od siedemset piątego do sześćset osiemdziesiątego pierwszego przed naszą erą. Babilon nieustannie się buntował, aż władca stracił cierpliwość. W sześćset osiemdziesiątym dziewiątym roku przed naszą erą nakazał zniszczenie miasta. Wojska asyryjskie zdobyły Babilon, splądrowały go, zabiły mieszkańców i spaliły zabudowania, a ruiny rozrzucono jako przestrogę dla innych. Według przekazów miasto zostało także zalane wodami Eufratu. Nie było to już zwykłe złupienie, jakie miasto znało dwukrotnie w czasach kasyckich, lecz próba wymazania Babilonu z mapy i z pamięci.

I wtedy nastąpił cios, którego nikt się nie spodziewał. Sennacheryb wkrótce został zamordowany przez własnych synów, a oni sami uzasadnili ten czyn jako zemstę za spustoszenie Babilonu. W ten sposób zniszczenie świętego miasta odbiło się na samym królu, który je zarządził. Babilon upadł, ale jego prestiż okazał się silniejszy niż armia, która go zrównała z ziemią. Zostało tylko pytanie, które musiało pojawić się w następnych latach: czy miasto, które przetrwało Hetytów, Kasytów, Elamitów i Asyrię, zdoła podnieść się także po tym najboleśniejszym z ciosów.

04. Z popiołów do nowobabilońskiego imperium

Rok sześćset osiemdziesiąty pierwszy przed naszą erą przyniósł Asyrii nowego króla: Esarhaddona, syna Sennacheryba. Przejął tron po ojcu, w którego losie rodzina i dwór odegrały rolę zgubną, i musiał zmierzyć się z wyzwaniem, jakiego żaden jego poprzednik nie znał. Problem polegał na tym, że uspokoić południa nie dało się samą armią. Trzeba było cofnąć rozkaz, który kazał zniszczyć święte miasto, a wraz z nim przyznać, że zbrodnia Sennacheryba była zbrodnią, nie triumfem. Młody władca zrozumiał to szybciej niż jego doradcy.

Odbudowa miała dla Esarhaddona wymiar czysto polityczny. Kazał usunąć plemiona uznane przez asyryjską administrację za źródło niepokoju w Babilonii, przywrócił Babilończykom majątki, a nad pracami przy świątyniach czuwał osobiście — nie przez posłów ani gubernatorów, lecz własnymi rękami, jak przekazują jego inskrypcje. Z gruzów podnosiły się mury, świątynie, nabrzeża. A jednak w tym samym czasie, gdy miasto odzyskiwało kształt, w Asyrii wciąż stał posąg Marduka, zabrany stamtąd przez Sennacheryba. Bóg pozostawał w niewoli, choć jego dom odbudowano. Wielu historyków uważa, że właśnie o to chodziło: wizerunek trzymany z dala od Babilonu miał odebrać potencjalnemu uzurpatorowi argument, po który mógłby sięgnąć, roszcząc sobie prawo do królestwa.

Po śmierci Esarhaddona w sześćset sześćdziesiątym dziewiątym roku przed naszą erą władzę objął Aszurbanipal, którego panowanie przypadło na lata od sześćset sześćdziesiątego ósmego do sześćset dwudziestego siódmego. Przez chwilę wydawało się, że dawna równowaga wróci. W połowie siódmego stulecia wybuchła jednak wojna domowa między królem asyryjskim a jego bratem, który rządził w Babilonii jako podkról. Aszurbanipal obległ miasto i zmusił je do kapitulacji w sześćset czterdziestym ósmym roku przed naszą erą, gdy głód doprowadził obrońców do kanibalizmu. I wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał: zwycięzca nie zrównał Babilonu z ziemią. Wręcz przeciwnie — osobiście oczyścił miasto ze złych duchów, które, jak sądzono, sprowadziły na nie kłopoty. Babilon ocalał, bo nawet asyryjski król potrzebował jego prestiżu.

Gdy po śmierci Aszurbanipala asyryjskie imperium zaczęło się chwiać, pojawił się człowiek, który miał na nowo odmienić losy Babilonu. W sześćset dwudziestym szóstym roku przed naszą erą chaldejski wódz Nabopolassar uczynił to miasto stolicą swojego królestwa. Nie było to jeszcze imperium — było to państwo, które powstawało w cieniu upadającej Asyrii; Niniwa i Aszur upadły dopiero w latach 614–612 p.n.e. Z perspektywy czasu widać, jak ironia losu splata się z polityką: miasto, które sześćdziesiąt trzy lata wcześniej miano wymazać z pamięci, teraz miało przejąć dziedzictwo tego, kto próbował je unicestwić.

Nabopolassar rządził do sześćset piątego roku przed naszą erą, a jego dzieło miało dopiero ukazać pełnię. Syn, który po nim objął tron, otrzymał w spadku miasto odbudowane, ambicję imperium i wolność, jakiej Babilon nie zaznał od czasów Hammurabiego. Wystarczyło jedno pokolenie, by z popiołów wyrosła stolica, o której będą pisać wszyscy — od proroków po greckich podróżników.

Epoka nowobabilońska, zapoczątkowana przez Nabopolassara, miała trwać do pięćset trzydziestego dziewiątego roku przed naszą erą. Choć dawne zniszczenia nadal dawały o sobie znać w codziennym życiu, równocześnie pojawiała się nadzieja na trwałą zmianę. W tym czasie Babilon przestał być tylko jednym z miast Mezopotamii. Stał się znów centrum, do którego ciągnęli kupcy, kapłani, rzemieślnicy i urzędnicy.

Przed Nabopolassarem stało jednak zadanie umocnienia własnej władzy. Jego chaldejski ród nie mógł się poszczycić długą tradycją królewską, a sąsiedzi obserwowali nowego władcę z nieufnością. Samo ogłoszenie Babilonu stolicą nie rozwiązywało sprawy. Trzeba było przekonać elity miasta, że ich świątynie i przywileje zostaną zachowane, że Marduk odzyska należne miejsce, a mury znów będą chronić mieszkańców. Nabopolassar nie rządził z pustej ambicji; potrzebował miasta silnego, bo tylko takie mogło przetrwać w świecie, gdzie każdy sąsiad czyhał na słabość.

Siła Nabopolassara polegała właśnie na tym, że nie niszczył tego, co ocalało; pozwolił miastu odetchnąć po długich upokorzeniach. Dziś widać w tym punkt zwrotny. Babilon, wcześniej podejrzany i karany, znów stał się stolicą, która chciała przemawiać w imieniu całej Mezopotamii. Nikt wówczas nie przewidywał jednak, jak wielka okaże się nowa epoka.

05. Nabuchodonozor II i szczyt potęgi

W sześćset piątym roku przed naszą erą do pałacu w Babilonie wkroczył człowiek, który nie zamierzał być tylko następcą tronu. Nabuchodonozor II objął władzę po Nabopolassarze i od pierwszych dni panowania dawał do zrozumienia, że Babilon nie jest już miastem, które trzeba bronić przed sąsiadami. To miała być stolica, z której dyktuje się warunki. Jego panowanie trwało do pięćset sześćdziesiątego pierwszego roku przed naszą erą i w tym czasie miasto przeszło przemianę, jakiej nie widziało od stuleci.

Wojna była pierwszym językiem, w którym nowy król się odezwał. Nabuchodonozor zdobył Jerozolimę, zakończył resztki suwerenności Judy i uprowadził ludność do Babilonii. Niewola babilońska trwała sześćdziesiąt lat i odcisnęła piętno na pamięci całych pokoleń. Z perspektywy czasu widać, że nie był to zwykły epizod na marginesie wielkiej polityki. Babilon występował tu nie jako jedno z wielu państw, lecz jako mocarstwo, które decyduje o losach podbitych ludów i narzuca im własny porządek.

Imperium nowobabilońskie, trwające od sześćset dwudziestego szóstego do pięćset trzydziestego dziewiątego roku przed naszą erą, osiągnęło za jego rządów szczyt potęgi. Dynastia chaldejska nie tylko odziedziczyła ziemie po Asyrii, ale zdołała nadać im nową jakość. Babilon stał się centrum, do którego ciągnęli ludzie ze wszystkich stron świata. Kupcy z odległych krain, kapłani wielkich świątyń, rzemieślnicy szukający pracy i urzędnicy pragnący kariery — wszyscy oni współtworzyli miasto, które rosło szybciej, niż ktokolwiek mógł przewidzieć.

Nabuchodonozor nie był jednak wyłącznie władcą wojny. Rozpoczął szeroki program odbudowy i fortyfikacji, który uczynił z Babilonu największy starożytny ośrodek Mezopotamii i wspaniałą stolicę imperialną. Miasto zajmowało wtedy około dziewięciuset hektarów, czyli dwóch tysięcy dwustu akrów ziemi. Obejmowało około trzech i pół mili kwadratowej, czyli dziewięciu kilometrów kwadratowych, a same kompleksy pałacowe wraz z fortyfikacjami rozciągały się na przestrzeni około czterdziestu akrów, to jest szesnastu hektarów. Jak na czasy, w których większość miast zamykała się w ciasnym obrębie murów, była to skala niemal niewyobrażalna.

W tym właśnie okresie powstały budowle, które na zawsze miały określić wyobrażenie o Babilonie: Brama Isztar, potężne mury, pałace, ziggurat Etemenanki, świątynie oraz Wiszące Ogrody, zaliczane przez Greków do cudów świata. Każda z tych konstrukcji domaga się osobnej opowieści, bo każda była nie tylko dziełem inżynierii, ale i politycznym manifestem. Władca, który wznosił takie budowle, mówił poddanym i wrogom, że jego stolica jest środkiem świata, a on sam stoi najbliżej bogów.

Liczby potwierdzają tę ambicję. W szóstym wieku przed naszą erą Babilon mógł liczyć nawet dwieście tysięcy mieszkańców i śmiało kandydować do miana największej metropolii świata. Okres, w którym miasto uchodziło za największe na świecie, obejmował lata od około sześćset dwunastego do trzysta dwudziestego roku przed naszą erą. Nie był to zresztą pierwszy taki moment w jego dziejach; podobna pozycja przypadała mu już około tysiąc siedemset siedemdziesiątego do tysiąc sześćset siedemdziesiątego roku przed naszą erą oraz około tysiąc siedemset pięćdziesiątego piątego roku. Za Nabuchodonozora wielkość miasta nie była więc przypadkiem, lecz powrotem do roli, którą Babilon znał od stuleci.

Ta rola miała także wymiar gospodarczy. Babilon przyciągał kupców z odległych krain, którzy sprzedawali przywiezione towary i zaopatrywali się w nowe, poszukiwane w ich ojczystych stronach. Handlarze płacili cła, potrzebowali miejsca do odpoczynku, żywności i rozrywek, a wszystko to napędzało miejscowy obrót. Miasto bogaciło się na handlu, pożyczkach i pośrednictwie, a jego znaczenie wykraczało daleko poza Mezopotamię. Języka babilońskiego używano od Persji po Egipt, a pismo klinowe, choć skomplikowane, przetrwało w użyciu aż do pierwszego stulecia po Chrystusie. Babilon nie był więc tylko militarną stolicą; był centrum nauki, kultury i religii, miejscem, w którym rodziły się i utrwalały wzorce na całe stulecia.

A jednak szczyt potęgi nie oznaczał wieczności. Po Nabuchodonozorze imperium przetrwało, lecz jego kolejni władcy musieli mierzyć się z coraz trudniejszym dziedzictwem. Najważniejszym następcą okazał się Nabonid, panujący w latach od pięćset pięćdziesiątego szóstego do pięćset trzydziestego dziewiątego roku przed naszą erą. Przez dekadę prowadził kampanię w Arabii, pozostawiając w Babilonie syna Belsazara jako regenta. Problem polegał na tym, że jego polityka nie ochroniła praw własności ani tradycji religijnych stolicy. Nabonid podejmował próby budowlane poza Babilonem, aby rywalizować z wielką świątynią Marduka, Esagilą, i tym samym osłabiał więź między tronem a elitami miasta.

W tradycji biblijnej syn Nabonida zapisał się jako Belsazar, ten, któremu na ścianie ukazał się menetekel. Ostatnim władcą imperium był jednak Nabonid, a Belsazar sprawował władzę w jego imieniu. Ten szczegół może wydawać się drobny, ale pokazuje, jak cienka była wówczas granica między legendą a historią. Babilon u szczytu był miastem, które przyciągało spojrzenia całego świata, a jednocześnie zmagało się z wewnętrznymi napięciami, których nie rozwiązywały ani mury, ani pałace.

Za wschodnią granicą rosła tymczasem nowa potęga, która nie zadowoli się łupem. Nikt wtedy nie chciał dostrzec, że imperium nowobabilońskie, choć wciąż potężne, stoi na progu zmiany. Miasto było gotowe, by je podziwiać. Wystarczyło przekroczyć pierwszą bramę, by zobaczyć, czym naprawdę była stolica Nabuchodonozora.

06. Miasto niebios i ziemi: mury, brama, ogrody, świątynie

Pielgrzym przybywał od północy, idąc lewym brzegiem Eufratu, i zanim zobaczył miasto, zobaczył mur. Nie był to mur zwyczajny, jaki otaczał inne mezopotamskie grody, lecz coś, co miało w sobie więcej z krajobrazu niż z budowli: potrójny wał ciągnący się osiemnaście kilometrów, biegnący od rzeki na południe i na północ, obejmujący pola, gaje palmowe, podmiejskie rezydencje notabli i osobny pałac letni, zwany bastionem Babilu. Dopiero za tym pierścieniem, za pasem nawadnianej ziemi i kanałów, z których część pamiętała jeszcze czasy Hammurabiego, wyłaniały się właściwe obwarowania. Człowiek idący z dalekiej prowincji musiał przystanąć i policzyć w myślach, ile dni marszu dzieli go od drugiego brzegu tego, co widzi.

Trzy linie murów broniły miasta w czasach dynastii chaldejskiej. Pierwszy, nadbrzeżny, miał szerokość ośmiu metrów i zbudowany był z palonej cegły oraz kamienia spojonego asfaltem; wzmacniały go obronne wieże, z których można było razić przeciwnika, a podnóże oblewały wody kanału zasilanego z Eufratu, tworzące fosę trudną do sforsowania. Dwadzieścia metrów dalej wznosił się drugi mur, który mieszkańcy nazywali Nimitti-Enlil, o szerokości blisko czterech metrów. Całość dopełniał Imgurenlil, mur wewnętrzny, szeroki na sześć i pół metra. Inne opisy mówią o grubości dziewięciu metrów i o dwóch pierścieniach zewnętrznych, zamkniętych trzecim, wewnętrznym, ale zasada pozostawała ta sama: kto chciał dotrzeć do serca Babilonu, musiał przejść przez trzy linie murów, trzy razy stanąć twarzą w twarz z cegłą, która nie miała mu nic do zaoferowania poza własną masą.

A jednak to nie mury zapamiętano najtrwalej. Około czterysta sześćdziesiątego roku przed naszą erą nad Eufrat dotarł Herodot i zapisał, że miasto leży na wielkiej równinie, tworząc czworobok, którego każdy front wynosił sto dwadzieścia stadiów, czyli około dwudziestu dwóch kilometrów, co dawało obwód blisko dziewięćdziesięciu kilometrów. Pięciokrotnie zawyżył dane; rzeczywisty obwód zewnętrznych umocnień wynosił osiemnaście kilometrów. Trudno się jednak dziwić, że przybysz z Halikarnasu, który opierał się częściowo na opowieściach usłyszanych od tubylców, dał się ponieść wyobraźni. Pisał z podziwem, że Babilon zbudowany jest porządnie jak żadne inne ze znanych miast, że mur jest jego puklerzem, że domy mają trzy i cztery piętra, a proste ulice biegną bądź równolegle do rzeki, bądź w poprzek niej. Nazwał go najwspanialszym miastem świata. I choć mylił się w liczbach, w jednym miał rację: to miasto trzeba było zobaczyć, żeby uwierzyć.

Bramę Isztar wzniesiono za panowania Nabuchodonozora II, w siódmym i szóstym stuleciu przed naszą erą, i poświęcono bogini, od której nosi imię. Miała piętnaście metrów wysokości i biła w oczy błękitem przypominającym niebo nad głowami przybyszów, bo wykonano ją z glazurowanych cegieł w kolorze lazurytu. Nie tylko ludzie jej strzegli: na murze jaśniały zielone, żółte i niebieskie, pokryte łuskami smoki, symbole Marduka, oraz byki, symbole Adada, a obok nich lwy. Brama kontrolowała dostęp do centrum miasta, a jeden ze wspaniałych bulwarów ciągnących się po obu stronach Eufratu właśnie przy niej się kończył. Dla człowieka z prowincji musiało to wyglądać jak wejście do innego świata, w którym bogowie zgodzili się zamieszkać w cegle.

Za bramą rozpościerała się aleja Aj-ibur-szabu, co tłumaczyć można jako „wróg tędy nie przejdzie”, nazywana częściej Drogą Procesyjną. Trasa szeroka w niektórych miejscach nawet na dwadzieścia metrów, wyłożona potężnymi płytami z wapienia sprowadzanego specjalnie z Libanu, biegła od Esagili na północ, ku Domowi Akitu, niewielkiej świątyni poza miastem, do której Marduk przybywał na święto Nowego Roku. Po prawej stronie, na murze Pałacu Południowego, sto dwadzieścia lwów wykonanych z glazurowanych cegieł prawie zrywało się do biegu. Szedł człowiek tą aleją i miał wrażenie, że jest obserwowany przez całe stado zwierząt, które czekają tylko na znak, by ruszyć za nim.

Pałac Północny wznosił się po prawej stronie nad samym Eufratem, tuż przy drodze do bramy; na zachód od niej leżały dwa kompleksy pałacowe, które wraz z fortyfikacjami zajmowały około czterdziestu akrów, czyli szesnastu hektarów. Sam Nabuchodonozor nazwał swój pałac „cudem ludzkości”, a oficjalne tytuły królewskiej siedziby brzmiały: centrum kraju, jaśniejąca rezydencja, siedziba majestatu. Pomieszczenia służące władcy i jego dworzanom zgrupowane były wokół pięciu dziedzińców, mieściły się tam koszary garnizonu, miejsca spotkań wyższych urzędników, harem, izby gospodarcze, do których wiódł labirynt przejść i korytarzy. Sala tronowa o wymiarach pięćdziesięciu dwóch na siedemnaście metrów miała przyćmiewać wszystkich, którzy do niej weszli: trzy wejścia, ściany z ciemnoniebieskich cegieł, rozety, szereg grzywiastych lwów zwróconych w kierunku tronu, stylizowane święte drzewa. Układ wnętrz, ich przepych i blask miały wywierać wrażenie, a zarazem utrudniać dostęp do króla i ułatwiać jego ochronę. Władza w Babilonie nie tylko mieszkała w murach; władza sama była murem.

Najbardziej niezwykła budowla miasta miała jednak wyrastać z murów w sensie dosłownym. Gdy tylko zadarło się głowę, dostrzec można było zielony park unoszący się nad dachami, tarasy porośnięte rzadkimi kwiatami, egzotycznymi drzewami, wonnymi krzewami. Grecy nazwali go wiszącymi ogrodami Semiramidy i uznali za jeden z siedmiu cudów świata starożytnego. Tradycja przypisuje ich budowę Nabuchodonozorowi II, gdy poślubił medyjską księżniczkę Amyitis; by jego wybranka nie tęskniła za ojczystymi górami, władca kazał zbudować specjalne tarasy. Cegły spojono nieprzepuszczającym wody bitumem, nawieziono ziemię i posadzono rośliny, a podlewano je, czerpiąc wodę z pobliskiego kanału i wciągając ją w górę za pomocą systemu urządzeń przypominających żurawie.

Opis tej konstrukcji zachował się w relacji Diodora Sycylijskiego, który pisał o tarasach wznoszących się jeden nad drugim niczym w teatrze, o galeriach przenoszących ciężar zasadzonego ogrodu, o belkach kamiennych długich na szesnaście stóp i szerokich na cztery, o dachu krytym warstwą trzciny ułożonej w wielkich ilościach bitumu, dwiema warstwami wypalanej cegły spojonej cementem i warstwą ołowiu, aby wilgoć z gleby nie przenikała pod spód. Najwyższa galeria, wysoka na pięćdziesiąt łokci, dźwigała najwyższą powierzchnię parku; maszyny czerpały wodę z rzeki w wielkiej obfitości, choć nikt z zewnątrz nie mógł widzieć, jak to czyniono. A jednak historyczna realność ogrodów bywa dziś kwestionowana: nie wspomina o nich żaden zachowany tekst babiloński. Część badaczy sądzi, że ogród zbudowany przez asyryjskiego króla Sennacheryba znajdował się w rzeczywistości w jego stolicy, Niniwie. Być może więc jeden z siedmiu cudów świata istniał tylko w wyobraźni Greków, którzy szukali dla niego miejsca w najwspanialszym mieście, jakie znali.

Jeśli coś w Babilonie mogło rywalizować z ogrodami, to ziggurat Etemenanki, „dom podstaw nieba i ziemi”. Budowla o boku wynoszącym około dziewięćdziesięciu jeden metrów i prawdopodobnie takiej też wysokości, o siedmiu piętrach, z kaplicą na szczycie wyłożoną cegłami i pokrytą olśniewająco błękitną emalią. Od strony południowo-wschodniej wiodły na górę schody szerokie na około dziewięć metrów, a fronton zdobiły wykonane ze złota lub brązu potężne rogi byków, atrybuty boskości. Czym jednak naprawdę była ta góra z cegieł, nie wiemy. Pomysły o obserwacjach nieba, o świątynnym kulcie, o miejscu, w którym bogowie zstępowali na ziemię, pozostają teoriami. Trudno o wymowniejszy paradoks: największa budowla miasta, znana całemu światu, ma funkcję, której nie potrafimy dziś odtworzyć.

Z Etemenanki kojarzy się biblijna wieża Babel, choć nie jest pewne, czy opowieść o pomieszaniu języków dotyczy właśnie tego zigguratu. Część badaczy uważa go za samą wieżę, inni za inspirację do historii spisanej przez hebrajskich skrybów, którzy widzieli w ruinach wielkich stopniowanych budowli ślad boskiej kary za pychę. Inni wskazują na starszy i prawdopodobnie większy ziggurat w Eridu. Sama nazwa miasta też płata figle: akadyjskie bav-il, „brama bogów”, brzmiało dla hebrajskiego ucha jak bavel, „zamieszanie”. Z jednego nieporozumienia językowego wyrosła legenda, która przetrwała dłużej niż wszystkie cegły Babilonu.

Sercem miasta pozostawała jednak Esagila, świątynia Marduka, ociekająca bogactwem. Mury wyłożone gipsem i lśniącym asfaltem Nabuchodonozor pokrył złotymi płytkami, u dołu ściany wyłożono alabastrem i lazurytem, strop wykonano z belek cedrowych powleczonych złotą folią, a listwy przyozdobiono drogimi kamieniami. W środku stał ogromny złoty posąg boga, a obok niego złoty stół, podnóżek i krzesło. Herodot, nazywając Marduka Zeusem Belosem, opisywał świątynię ze spiżowymi bramami i wielką wieżą w środku miejsca świętego. W tekstach zachowała się też kamienna płaskorzeźba z około sześćset pięćdziesiątego roku przed naszą erą, przedstawiająca Aszurbanipala niosącego kosz podczas odbudowy świątyni; dziś przechowuje ją British Museum. Wizerunek asyryjskiego króla, który dźwiga cegłę dla babilońskiego boga, mówi o polityce więcej niż niejedna kronika.

Bo Marduk nie był tylko opiekunem miasta. Według kapłanów zamieszkał w Babilonie po tym, jak pokonał pramatkę Tiamat, i odtąd to właśnie jemu przypisywano supremację w mezopotamskim panteonie. Nazywano go byczkiem, w ręku dzierżył coś w rodzaju trójzębnego pioruna, jego planetą był Jowisz, a imienia unikano, mówiąc po prostu „Bel”, Pan. Co roku odwiedzał go syn, bóg Nabu. I co roku, w czasie święta Nowego Roku, posąg wyruszał Drogą Procesyjną ku Domowi Akitu, a miasto zamieniało się w jedną wielką procesję. Zarazem jednak ów posąg był zakładnikiem: uprowadzali go Hetyci, Elamici, Asyryjczycy, Sennacheryb zabrał go i trzymał w Asyrii przez całe swoje panowanie. Bóg, który mieszkał w posągu, mógł zostać wywieziony razem z nim. Wystarczyło zabrać złoto, by osłabić niebo.

Wokół świątyń i pałaców tętniło życie, o którym rzadko pamiętają podręczniki. Handlarze z odległych krain płacili cła czystym srebrem, potrzebowali jeść, spać, zażywać rozrywek, a obrót był potężny. Miasto od czasów Hammurabiego pozostawało głównym centrum handlowym i administracyjnym Babilonii; nad Eufratem, zwłaszcza w okolicach Esagili, znajdowały się nabrzeża dla statków handlowych i magazyny. To tutaj, jak chcą niektórzy, narodziły się banki, a pożyczki konstruowano tak, by bankier zawsze zarobił. Rzekę przecinał most na ceglanych palach zwieńczonych kamieniem, prowadzący do zachodniej połowy miasta; ulice rozplanowano na siatce, a główna oś biegła równolegle do rzeki. Babilon Nabuchodonozora zajmował około dziewięciu kilometrów kwadratowych i był największym miastem świata. Pół tysiąclecia przed Chrystusem był większy niż Paryż za Henryka IV dwa tysiące lat później.

W tym samym mieście powstawały rzeczy, które miały przetrwać jego upadek. Pismo klinowe, skomplikowany system sylabiczny pochodzenia sumerskiego, używane było w Babilonie aż do pierwszego stulecia po Chrystusie. Język babiloński rozumiano na obszarze od Persji po Egipt. System sześćdziesiątkowy sprawił, że dzielimy godzinę na sześćdziesiąt minut, minutę na sześćdziesiąt sekund, a okrąg na trzysta sześćdziesiąt stopni; astronomia babilońska wzbogaciła później naukę hellenistyczną. Kodeks Hammurabiego, zachowany na glinianych tabliczkach i wielkich kamiennych stelach, był pierwszym odkrytym przez archeologów spisanym zbiorem praw mezopotamskich, a jego prolog przedstawiał władcę jako wybranego przez bogów do wymierzania sprawiedliwości. Obok tego trwały innowacje technologiczne i artystyczne, o których istnieniu wiemy dziś często tylko z odcisków w glinie.

Na obrzeżach tego świata stały świątynie mniejsze, lecz nie mniej wymowne. Świątynia bogini-matki Ninmakh, poświęcona w szóstym wieku przed naszą erą, została odkopana przez ekspedycję Koldeweya w latach 1899–1914, a później ponownie odsłonięta i zrekonstruowana przez irackich archeologów. Niedaleko Bramy Isztar stał bazaltowy lew większy niż naturalnej wielkości, prawdopodobnie przywieziony do Babilonu w starożytności; strzegł podejścia do miasta jako niemy świadek dawnej potęgi.

07. Persowie, Kserkses i Aleksander

W pięćset trzydziestym dziewiątym roku przed naszą erą nad Eufratem pojawiły się wojska Cyrusa II. Persowie nadciągali z północy, a miasto, które przez stulecia przechodziło z rąk do rąk – Hetytów, Kasytów, Elamitów i Asyryjczyków, tym razem nie stawiło oporu. Babilon poddał się niemal bez walki. Mury, o których grubości i długości opowiadano z zapartym tchem, nie oddały ani jednego strzału, bo nikt nie stanął na nich z bronią w ręku.

Późniejsza tradycja nie potrafiła się z tym pogodzić i dopisała do tego dnia własną wersję wydarzeń. Cyrus miał wejść do miasta korytem Eufratu, którego bieg rzekomo zmienił, i zająć je z zaskoczenia, gdy mieszkańcy spali. Nie sposób dziś zweryfikować tej historii, współczesne źródła jej nie potwierdzają, choć część badaczy skłonna jest przyjąć ją za wydarzenie autentyczne. Prawda wyglądała zapewne znacznie prościej i była przez to bardziej gorzka: miasta nie zdobyły machiny oblężnicze ani genialny manewr, zdobyła je polityka.

Ostatni król, Nabonid, przez dekadę prowadził kampanię w Arabii, pozostawiając w stolicy syna Belsazara jako regenta, a w tym czasie nie zdołał zapewnić mieszkańcom ani bezpieczeństwa własności, ani opieki nad ich świątyniami. W mieście, dla którego kult Marduka był osią całego świata, próbował wznosić budowle rywalizujące z Esagilą. Kiedy więc pod murami stanął obcy władca, kapłani i kupcy uznali, że niewiele mają do stracenia.

A jednak nie był to jeszcze koniec. Pod panowaniem perskim Babilon zachował większość swoich instytucji, pozostał ośrodkiem najbogatszej satrapii w imperium i przez długie dziesięciolecia należał do głównych rezydencji królów achemenidzkich, rozciągającego się od pięćset pięćdziesiątego do trzysta trzydziestego roku przed naszą erą. Grecki historyk, który oglądał miasto w piątym wieku, notował z podziwem, że pod względem wspaniałości nie ma drugiego, które by się z nim równało. Z perspektywy czasu widać, że ten sąd był zarazem prawdziwy i złudny.

Problem polegał na tym, że świetność Babilonu przestała być jego własną świetnością. Miasto żyło już nie z imperium, które samo tworzyło, lecz z łaski obcej dynastii, a łaska bywa kapryśna. Wystarczył jeden zryw, żeby przekonać się, jak kruche jest to położenie.

W czterysta osiemdziesiątym drugim roku przed naszą erą Babilon się zbuntował. Satrapa Zopyros został zabity, a Kserkses I, syn Dariusza, odpowiedział z całą bezwzględnością, na jaką było stać władcę szykującego dopiero wielką wyprawę na Grecję. Wysłał przeciw miastu Megabyzosa, ten zdobył zbuntowaną stolicę, ograbił ją i obłożył wysokimi podatkami. A potem sięgnął po to, co dla Babilończyków było najdotkliwsze.

Mury miejskie runęły, fortyfikacje obrócono w gruz, świątynie przestały pełnić swoją funkcję, a złoty posąg Marduka kazano wywieźć. Bóg, który mieszkał w swoim posągu i co roku przyjmował wizyty syna, boga Nabu, przestał mieć dom. Nikt już nigdy nie ujrzał tej figury. Dla ludzi, którzy przez ponad tysiąc lat wierzyli, że ich miasto jest bramą bogów, musiało to być doświadczenie graniczące z końcem świata.

Dokończenie upokorzenia miało charakter urzędowy. Żołnierzy babilońskich wcielono do armii, a w greckich przekazach określano ich mianem Chaldejczyków. Ironia losu była doskonała: miasto, od którego imienia nazwano całą krainę, zostało tej nazwy pozbawione dekretem.

Materia pozostała jednak nieubłagana. Porozpadały się świątynie, mury miejskie, bramy i pałace, a cegły, z których przez wieki wznoszono Babilon, skruszały pod wpływem wilgoci i czasu. Po największej metropolii starożytnego Wschodu zostało ostatecznie znacznie mniej niż po starożytnym Egipcie. A przecież życie wcale nie wygasło od razu.

I wtedy, po dwustu ośmiu latach wegetacji w cieniu perskich królów, na horyzoncie pojawił się człowiek, który postanowił przywrócić miastu dawną rangę. W trzysta trzydziestym pierwszym roku przed naszą erą Babilon poddał się Aleksandrowi Wielkiemu. Macedoński król nie kazał burzyć ani palić. Potwierdził przywileje miasta, nakazał odbudowę świątyń, dostrzegł jego znaczenie handlowe, pozwolił miejscowej satrapii bić własną monetę i rozpoczął budowę portu, który miał wspierać wymianę towarów wzdłuż Eufratu.

To nie była jedynie gra polityczna. Podbój Aleksandra wprowadził Babilon w orbitę kultury greckiej, a grecka nauka wyszła z tego spotkania bogatsza, bo hellenistyczna astronomia oparła się w znacznym stopniu na obserwacjach babilońskich kapłanów, którzy przez stulecia notowali ruchy ciał niebieskich z cierpliwością, jakiej nie znał żaden inny lud ówczesnego świata.

Aleksander nosił się z myślą, by uczynić z Babilonu stolicę swojej uniwersalnej monarchii, centrum imperium łączącego Wschód i Zachód. Los miał jednak w zanadrzu rozwiązanie, którego nie przewidział żaden z jego doradców. W ósmym roku po zdobyciu miasta, w trzysta dwudziestym trzecim roku przed naszą erą, Aleksander zmarł w babilońskim pałacu Nabuchodonozora. Miasto, które miało być sercem nowego świata, stało się miejscem, w którym skończyła się pewna epoka.

Po jego śmierci nikt już nie miał dość siły ani woli, by podtrzymać dawną wielkość Babilonu. Rozpoczęła się walka o spadek po zmarłym, a los miasta rozstrzygnął się nie nad Eufratem, lecz wśród generałów, którzy dzielili między siebie jego imperium. W trzysta dwunastym roku przed naszą erą Babilon przeszedł pod władzę dynastii Seleucydów. O tym jednak, co zrobili z nim nowi panowie i dlaczego zbudowali sobie stolicę gdzie indziej, opowie osobny rozdział.

08. Seleucydzi, Partowie i ostatnie światła miasta

Grecka dynastia, która od 312 roku przed naszą erą władała Babilonem, nie traktowała go jak nowego domu. Miasto nad Eufratem było dla niej przede wszystkim cennym łupem: źródłem podatków, arsenałem i punktem kontroli nad rzecznym szlakiem handlowym, od stuleci wzbogacającym nadrzeczne nabrzeża. W Babilonie nadal stały świątynie, nadal odprawiali swoje obrzędy kapłani Marduka, nadal pracowały szkoły skrybów, ale środek ciężkości ogromnego państwa przesuwał się nieubłaganie na północ.

O przyszłości Babilonu przesądziła decyzja podjęta bez rozgłosu, ale o trwałych skutkach. Około dziewięćdziesięciu kilometrów na północny wschód od dawnej metropolii, nad Tygrysem, założono nową osadę — Seleucję. Nie była dziełem przypadku ani kaprysem władcy: leżała na skrzyżowaniu szlaków, miała dostęp do żyznej równiny i do rzeki, która łączyła głęboki interior z morzem. Seleucja stała się oficjalnym miastem królewskim, a wraz z tym tytułem przyszło coś, czego nie da się cofnąć. W dwieście siedemdziesiątym piątym roku przed naszą erą część mieszkańców Babilonu została z niego siłą wysiedlona. Ludzie, którzy przez pokolenia mieszkali w cieniu murów Nabuchodonozora, pakowali dobytek i szli na północ, do miasta, którego jeszcze przed chwilą nie było na żadnej mapie.

Wraz z ludźmi odchodziło bowiem życie. Babilon nie upadł nagle, nie spłonął ani nie został zdobyty szturmem. Gasł stopniowo, jak lampa, w której kończy się oliwa. Przez jakiś czas pozostawał jeszcze ważnym ośrodkiem, ale kolejne dziesięciolecia odbierały mu znaczenie warstwa po warstwie: urząd, dochód, prestiż, wreszcie samo przekonanie, że warto tu przyjeżdżać. Miasto, które za Hammurabiego wyznaczało rytm całej Mezopotamii, a za Nabuchodonozora II było największą metropolią ówczesnego świata, nigdy już nie osiągnęło ich poziomu. Nie chodziło przy tym o same mury, których znaczną część zburzono jeszcze za Kserksesa. Chodziło o skalę, o ciężar, o ów nieuchwytny nadmiar, który sprawia, że jakieś miejsce staje się środkiem świata dla wszystkich wokół.

Mimo to przez kolejne stulecia Babilon tętnił życiem. Hellenistyczne instytucje działały na modłę grecką, pojawili się urzędnicy mówiący po grecku, a teatr wystawiał sztuki dla widzów wychowanych na dwóch tradycjach naraz. Kapłani nadal notowali ruchy ciał niebieskich, skrybowie nadal zapisywali teksty klinowym pismem na glinianych tabliczkach, a obok nich krążyły teksty greckie. To musiało wyglądać dziwnie: miasto, w którym obok siebie trwały dwie cywilizacje, jedna liczona w setkach lat nieprzerwanej tradycji, druga świeża, pewna siebie, przywieziona przez zwycięzców. Babilon stał się wtedy miejscem, w którym przeszłość była bardziej widoczna niż teraźniejszość, i to uczucie będzie mu już towarzyszyć do końca.

Kolejne stulecia przyniosły zmianę panów. Po Seleucydach przyszli Partowie; pod ich władzą, od 247 roku przed naszą erą do 224 roku naszej ery, Babilon pozostawał jeszcze ośrodkiem handlowym. Nie był już stolicą, nie wyznaczał polityki, nie decydował o losach imperium, ale wciąż leżał na szlaku, wciąż miał nabrzeża, magazyny i ludzi, którzy umieli liczyć towary. Karawany zatrzymywały się tu po wodę i po zapasy, kupcy rozładowywali ładunki, poborcy zapisywali należności. Życie toczyło się dalej, tylko coraz mniejsze, coraz bardziej lokalne, coraz mniej widoczne z perspektywy wielkich stolic.

Droga miasta nie była przy tym prosta. Po panowaniu achemenidzkim, seleucydzkim i partyjskim przyszły epizody rzymskie, sasanidzkie, a wreszcie muzułmańskie; każde z tych panowań zostawiało własne ślady i własne zniszczenia. W trzecim wieku naszej ery, u schyłku epoki partyjskiej, dokonał się upadek Babilonu jako ośrodka miejskiego. Miasto, które tyle razy było łupione, palone i odbudowywane, które za każdym razem podnosiło się piękniejsze i mocniejsze, tym razem nie znalazło w sobie dość sił, by zrobić to po raz kolejny.

Jeszcze przed całkowitym wygaśnięciem miasta powstało dzieło, którego pamięć okazała się trwalsza niż mury. W Babilonie ukształtował się Talmud, nazwany od miejsca swojego powstania babilońskim. To była ostatnia znacząca dla historii narodów rzecz, jaka wyszła z tego miasta — owoc pokoleń uczonych, dyskusji, sporów i skrupulatnie zapisywanych rozstrzygnięć. Historia Babilonu nie kończyła się więc wraz z jego politycznym znaczeniem; kończyła się znacznie później, a jej ostatnie rozdziały pisano już nie w pałacach, lecz w domach nauki.

W siódmym wieku naszej ery ten proces przypieczętował podbój arabsko-muzułmański. Babilon podupadł i przestał odgrywać jakąkolwiek rolę w wielkiej historii regionu. A jednak miejsce nie zostało puste. Na gruzach dawnej metropolii żyła jeszcze wieś, którą źródła nazywają małą wioską Babel, i trwała tam aż do jedenastego wieku naszej ery. Trzeba to sobie wyobrazić: ludzie, którzy mieszkali w cieniu rozsypujących się murów, uprawiali ziemię na terenach dawnych ogrodów i pewnie nie mieli pojęcia, że stąpają po dziedzińcach świątyni Marduka.

Nastała pustka. Przy ruinach zasypywanych piachem zatrzymywały się jedynie karawany i pasterze ze stadami. Wiatr nanosił kurz na fundamenty, które niegdyś dźwigały siedmiopiętrową wieżę, a z cegieł wypalanych za Nabuchodonozora okoliczni mieszkańcy stawiali sobie domy, nie wiedząc nawet, czyje imię noszą. Przez stulecia Babilon istniał już tylko w księgach: w Biblii, u Herodota, u pisarzy klasycznych, w opowieściach powtarzanych tak długo, że stały się ważniejsze od samego miasta. I właśnie te księgi sprawią, że pewnego dnia nad Eufrat przyjadą ludzie z zupełnie innego świata, z notesami, cyrklami i przekonaniem, że pod tymi kopcami wciąż można jeszcze coś znaleźć.

09. Zapomniane ruiny i pierwsi podróżnicy

Claudius James Rich, przedstawiciel Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej w Bagdadzie, dotarł nad ruiny Babilonu w tysiąc osiemset jedenastym roku. Nie był jeszcze archeologiem w dzisiejszym rozumieniu: brakowało mu warsztatu wykopaliskowego i jasnego wyobrażenia, czego powinien szukać. Wiedział tylko tyle, ile mówiły księgi: że gdzieś na równinie nad Eufratem leżało miasto, które Biblia uczyniła symbolem pychy, a pisarze klasyczni opisali jako jedno z cudów świata. Kiedy jednak dotarł na miejsce, zamiast murów i pałaców zobaczył krajobraz pokryty bezkształtnymi kopcami gruzu, ciągnącymi się aż po horyzont. Spodziewał się mniej i więcej zarazem — mniej okazałości, więcej czytelnych śladów. W latach tysiąc osiemset jedenastym i tysiąc osiemset siedemnastym prowadził tam pierwsze wykopaliska, a do Londynu przywiózł pierwsze zabytki mezopotamskie. Babilon, znany dotąd wyłącznie z narracji biblijnych i pisarzy klasycznych, po raz pierwszy dostał materialny dowód, że naprawdę istniał.

Po piętnastu latach te same kopce oglądał Robert Mignan. Zostawił ich opis; plan z położeniem kilku sąsiednich wsi sporządził wcześniej Rich. Ów skromny zabieg miał jednak wagę przełomu: Babilon przestawał być wyłącznie bohaterem opowieści, a stawał się obszarem, który można było wymierzyć, narysować i opisać. Kopce miały już swoje nazwy — Kasr, Merkes, Homera, Ishin-Aswad, Sahn, Amran i Babil — choć niewielu spośród tych, którzy je wymawiali, potrafiło powiedzieć, co kryje się pod nimi. Dla miejscowych były to po prostu wzgórza gruzu, z których od wieków wybierano cegłę na budowę domów. Dla przybyszów z Europy stawały się kolejnymi kartami wielkiej księgi, którą trzeba było dopiero otworzyć.

W tysiąc osiemset czterdziestym dziewiątym roku na stanowisko przybył Austen Henry Layard, przyszła sława ówczesnej archeologii. Zrobił parę odwiertów, obejrzał teren i wkrótce zrezygnował. Powód był prosty: ciągnęło go do zabytków bardziej niż do samego miasta. Liczyły się płaskorzeźby, tabliczki i przedmioty nadające się do wywiezienia i pokazania w muzeum. Pozostawił jednak po sobie bogatą tekę rysunków z każdej wyprawy, dokumentację, która dla późniejszych badaczy okazała się bezcenna. Był to pierwszy krok ku temu, by ruiny przestały być anonimowym źródłem łupów, a stały się przedmiotem uważnego oglądu.

Po upływie trzech lat od wizyty Layarda do Babilonu przybyli Julius Oppert, Fulgence Fresnel i Felix Thomas. W latach tysiąc osiemset pięćdziesiątym drugim i tysiąc osiemset pięćdziesiątym czwartym pracowali tam z większym rozmachem niż wcześniejsi badacze. Ich wysiłek zapowiadał przełom, ale jego skutki okazały się nieodwracalne. Francuska ekspedycja zebrała setki skrzyń zabytków: tabliczek, fragmentów rzeźb, ceramiki oraz drobnych przedmiotów wyjętych z kopców. W tysiąc osiemset pięćdziesiątym piątym roku transport wyruszył w dół rzeki, ku wybrzeżu, skąd skrzynie miały popłynąć do Europy. Pod Qurnah, na wodach Tygrysu, doszło do katastrofy. Ładunek poszedł na dno, a wraz z nim przepadła znaczna część dorobku kilkuletnich prac. Według relacji, które do nas dotarły, straty były ogromne; nie sposób dziś zweryfikować, ile bezcennych tabliczek rozpadło się w błocie rzecznego dna. Ironia losu sprawiła, że największy jak dotąd wysiłek badawczy w Babilonie zakończył się nie odkryciem, lecz klęską.

Zainteresowanie Babilonem bynajmniej nie słabło. Im więcej zabytków mezopotamskich trafiało do europejskich muzeów, tym większa rosła legenda Asyrii i Sumeru, a z nią chęć na nowe znaleziska. Ta chęć rzadko jednak łączyła się z metodą. Gdy w tysiąc osiemset siedemdziesiątym dziewiątym roku wykopaliska w Babilonie rozpoczął Hormuzd Rassam, uczeń Layarda, wielu domyślało się, że przyciąga go zabytek, nie miasto. Nie zajmował się żmudnym dokumentowaniem warstw, rysunkami ani opisem miejsca znalezienia. Kopał szybko i głęboko niczym poszukiwacz skarbów ścigający się z rywalem.

Paradoksalnie ten sam pośpiech doprowadził do jednego z najgłośniejszych odkryć epoki. Wśród tabliczek pozyskanych w latach tysiąc osiemset siedemdziesiątym dziewiątym – tysiąc osiemset osiemdziesiątym drugim (1879–1882) natrafiono na fragmenty Eposu o Gilgameszu — opowieści starszej niż Biblia, utrwalonej na glinianych tabliczkach. Miasto oddawało swoje skarby, choć nikt nie potrafił jeszcze powiedzieć, czym naprawdę było.

10. Koldewey i narodziny archeologii Babilonu

W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku do Babilonu przybył człowiek, który nie zamierzał szukać skarbów. Robert Koldewey, niemiecki archeolog, stanął wśród kopców gruzu nad Eufratem z przekonaniem, że ruiny można nie tylko wydobyć z piasku, ale też zrozumieć. Nie był pierwszym, który kopał w tym miejscu; przed nim robili to podróżnicy, dyplomaci i pośpieszni poszukiwacze zabytków, a ich prace pozostawiły po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. On jednak miał coś, czego wcześniejszym wyprawom brakowało: cierpliwość, metodę i wolę dokumentowania każdego muru, każdej warstwy, każdego fragmentu gliny. Właśnie dlatego rok tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty dziewiąty uznaje się za początek archeologii Babilonu, choć miasto miało jeszcze przez wiele lat pozostać zagadką.

Koldewey prowadził prace w imieniu Deutsche Orient-Gesellschaft, Niemieckiego Towarzystwa Wschodniego, i robił to codziennie od tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego dziewiątego do tysiąc dziewięćset siedemnastego roku. Towarzyszył mu Walter Andrae, który również rozpoczął badania w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku i który wiele lat później odegrał kluczową rolę w berlińskiej rekonstrukcji babilońskich zabytków. Był to wysiłek zakrojony na skalę, jakiej dotąd w Mezopotamii nie widziano. Niemcy dołączyli do wyścigu muzeów później niż Francuzi i Brytyjczycy, ale zrobili to z rozmachem, który miał odmienić obraz całego stanowiska. Prace nie były przy tym romantyczną przygodą; to była żmudna, codzienna praca w pyle, upale i błocie, prowadzona w rytmie wyznaczanym przez pory roku i możliwości ekipy.

Stanowisko, które Koldewey zastał, zajmowało około tysiąca hektarów, z czego około czterystu pięćdziesięciu hektarów leżało w obrębie dawnych murów miejskich. Krajobraz tworzyły kopce o tajemniczych nazwach: Kasr, Merkes, Homera, Ishin-Aswad, Sahn, Amran i Babil. Kasr wznosił się na dziewiętnaście metrów nad równiną i krył w sobie centrum nowobabilońskiego miasta; Amran Ibn Ali, wysoki na około dwadzieścia dwa metry, był miejscem Esagili, świątyni Marduka; kopiec Babil na północnym krańcu sięgał około dwudziestu pięciu metrów i skrywał pałac z czasów Nabuchodonozora. Merkes wznosił się trzynaście metrów nad równiną, a Homera, kopiec o czerwonawym kolorze po zachodniej stronie, krył większość pozostałości hellenistycznych. Przez środek stanowiska płynął Shatt Al-Hillah, odnoga Eufratu, która od czasów starożytnych zmieniła bieg. Dla przypadkowego widza były to tylko wzgórza gruzu; dla Koldeweya była to mapa miasta, którą trzeba było dopiero odczytać.

Główne wysiłki wykopalisk koncentrowały się na świątyni Marduka i prowadzącej do niej drodze procesyjnej, a także na murze miejskim. To właśnie tam, wśród fundamentów i ceglanych nawarstwień, zaczęły wyłaniać się zarysy miasta, które znali dotąd tylko z tekstów. Koldewey pracował na Drodze Procesyjnej, odkrył ruiny zigguratu, kopał przy Bramie Isztar. Z ziemi wydobywano nie tylko mury, ale i przedmioty codziennego użytku, fragmenty ceramiki, tabliczki, reliefy. Archeologia Babilonu rodziła się więc nie w błysku jednego odkrycia, lecz w serii mozolnych sezonów, z których każdy dokładał kolejny fragment do obrazu miasta. Z perspektywy czasu widać, że była to praca pionierska, ale też naznaczona ograniczeniami epoki: brakowało jeszcze precyzyjnych metod datowania, a tempo prac często dyktowały względy muzealne, nie naukowe.

Najbardziej spektakularnym efektem było odsłonięcie Bramy Isztar. Jej glazurowane cegły, pokryte błękitem i reliefami przedstawiającymi byki, smoki i lwy, robiły wrażenie nawet wtedy, gdy leżały w gruzach. Koldewey wysłał je do Berlina, gdzie Walter Andrae zrekonstruował je na ekspozycję w Vorderasiatisches Museum. Dziś fragmenty Bramy Isztar oglądać można w Muzeum Pergamońskim, jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc sztuki starożytnej na świecie. Wraz z bramą do Niemiec trafiły setki innych zabytków, w tym fragmenty Drogi Procesyjnej i liczne tabliczki gliniane. Miasto oddawało swoje skarby, ale czyniło to w sposób, który na zawsze zmienił jego charakter: Babilon zaczął istnieć równocześnie w Iraku i w Europie, jako ruina i jako muzealna rekonstrukcja.

Ekspedycja Koldeweya odzyskała także artefakty z okresu starobabilońskiego. Wśród nich znalazło się dziewięćset sześćdziesiąt siedem tabliczek glinianych, w tym pięćset sześćdziesiąt cztery tabliczki z okresu średniobabilońskiego. To nie były skarby ze złota ani posągi z lapis lazuli, lecz glina pokryta pismem klinowym: umowy, rachunki, modlitwy, zapisy administracyjne. Właśnie w takich przedmiotach kryła się prawdziwa historia miasta, jego handel, prawo, religia i codzienność. Dla współczesnych Koldeweya były one często mniej cenne niż efektowne reliefy, ale dla późniejszych badaczy stały się jednym z najważniejszych źródeł wiedzy o Babilonii. Archeologia miasta wymagała więc nie tylko odkrycia, ale i zrozumienia, że wartość znaleziska nie zawsze mierzy się jego urodą.

Nie wszystko jednak szło zgodnie z planem. W tym samym czasie trwały wykopaliska związane z pozyskiwaniem cegieł na potrzeby różnych projektów budowlanych, w tym zapory Hindiya. Cegła wypalana, której tak chętnie używano w Babilonie za Nabuchodonozora, była dla miejscowych budowniczych surowcem, nie zabytkiem. Wcześniejsze warstwy miasta pozostawały z kolei niedostępne z powodu wysokiego poziomu wód gruntowych. Koldewey mógł więc badać przede wszystkim młodsze, nowobabilońskie nawarstwienia, podczas gdy najstarsze dzieje miasta skrywały się pod wodą i mułem. I wtedy, po latach pracy, nastąpił kres ekspedycji: pierwsza wojna światowa przerwała dalsze badania. W tysiąc dziewięćset siedemnastym roku prace zostały zatrzymane, a Babilon ponownie zamilkł, tym razem na kilka dziesięcioleci.

Po wojnie badania nie zostały już podjęte z takim samym rozmachem. Od tysiąca dziewięćset pięćdziesiątego ósmego roku dalsze prace prowadzi iracka Dyrekcja Generalna Starożytności, a wśród późniejszych badaczy pojawił się Taha Baqir, współczesny iracki asyriolog i archeolog. Wcześniejsze warstwy wciąż pozostawały jednak niedostępne z powodu wód gruntowych, a stanowisko było już nie tylko przedmiotem nauki, ale i polityki, turystyki oraz lokalnego życia. Z perspektywy czasu widać, że Koldewey odsłonił miasto ogromne, ale niepełne. Nawet dla okresu jego szczytu w szóstym wieku przed naszą erą obraz Babilonu pozostaje niepełny i czasami sprzeczny, bo wykopaliska, teksty klinowe, Biblia, opisy Herodota i innych autorów klasycznych oraz wtórne streszczenia prac Ktezjasza i Berossusa opowiadają tę historię różnymi głosami.

A jednak dokonanie Koldeweya było nie do odrzucenia. Babilon przestał być wyłącznie biblijnym symbolem pychy i literacką legendą; stał się stanowiskiem archeologicznym, jednym z najważniejszych na świecie. Jego ruiny, choć zniszczone przez czas, wodę i ludzką obojętność, mówiły teraz językiem murów, cegieł i tabliczek. Miasto odzyskało imię, ale nie odzyskało dawnej jedności: brama stała w Berlinie, tabliczki w muzeach, a kopce nad Eufratem pozostawały w Iraku, wystawione na słońce, wiatr i kolejne polityczne burze. Przez dziesięciolecia wydawało się, że to już koniec wielkiej opowieści. Los miał jednak w zanadrzu jeszcze jeden rozdział, w którym starożytne ruiny stały się tłem dla nowoczesnej władzy, wojny i pamięci.

11. Saddam, wojna i Babilon w ruinie

W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym roku nad Eufratem, na kopcach pokrytych piaskiem i potłuczoną cegłą, pojawiły się dźwigi. Prezydent Iraku Saddam Husajn nakazał odbudowę Babilonu, a robotnicy zaczęli wznosić mury z nowej cegły, na której wybijano napis: „Wybudowano przez Saddama Husajna, syna Nabuchodonozora, aby okryć chwałą Irak”. Trudno o bardziej wymowny przykład tego, jak starożytność bywa zaprzęgana do służby współczesnej władzy. Zamiast pytać, czym miasto było naprawdę, dyktator odpowiadał na pytanie, czym miało się wydawać.

Bo Saddam Husajn uważał, że dorównuje wielkością Nabuchodonozorowi. Kazał portretować siebie na wzór nabuchodonozorowych wizerunków, a treść i forma inskrypcji na nowych cegłach wzorowane były na dawnych mezopotamskich pieczęciach, stosowanych w czasach wielkiego króla nowobabilońskiego. Ironia losu sprawiła, że człowiek, który kazał wznosić wśród ruin rekonstrukcje fragmentów murów, bram i pałacu, był równocześnie tym, który dbał o pozostałości starożytnego imperium. Na stanowisku Atlal Babil stanęły więc budowle z nowej cegły, częściowo zakrywając, częściowo naśladując to, co odsłonili archeolodzy.

A jednak każda taka rekonstrukcja jest obietnicą i zagrożeniem zarazem. Obietnicą, bo przywraca widzowi kształt miasta, którego mury od dawna były tylko linią w ziemi. Zagrożeniem, bo beton i palona cegła kładą się na warstwach starszych niż jakiekolwiek państwo w regionie. Z perspektywy czasu widać, że w latach osiemdziesiątych Babilon po raz pierwszy od stuleci stał się znów projektem politycznym: miejscem pielgrzymek oficjalnych, tłem przemówień i dekoracją ambicji.

Potem przyszła wojna. W kwietniu dwa tysiące trzeciego roku, podczas II wojny w Zatoce Perskiej, wojska amerykańskie zajęły Babilon, a drugiego września tego samego roku na terenie starożytnych ruin założono obóz wojskowy nazwany Camp Alpha. Po pięciu miesiącach bazę przekazano w użytkowanie wielonarodowej dywizji kierowanej przez dowództwo kontyngentu polskiego, która stacjonowała tam do dwudziestego drugiego grudnia dwa tysiące czwartego roku, gdy obóz zlikwidowano. Raport Russella z dwa tysiące dziesiątego roku podaje, że baza wojskowa w Babilonie, obejmująca Camp Alpha i Camp Babylon, zajmowała 150 hektarów i znajdowała się w samym centrum obszaru zabytkowego, a istniała od kwietnia dwa tysiące trzeciego do grudnia dwa tysiące czwartego roku.

Skala zniszczeń okazała się druzgocąca. Prace ziemne koalicji antyirackiej, kopanie rowów, wykopanie dwóch wyrobisk, intensywne używanie ciężkiego sprzętu, urządzone lądowisko dla śmigłowców, parkujące wśród murów czołgi i rowy strzeleckie — wszystko to odcisnęło się na stanowisku, które przetrwało dwa i pół tysiąca lat. Uszkodzono pozostałości Bramy Isztar oraz prowadzącej do niej Drogi Procesyjnej. Do tego doszła ciekawość żołnierzy, którzy zabierali na pamiątkę to cegłę wydłubaną z ruin, to kawałek tabliczki z pismem klinowym. Prawda o pełnym bilansie tych szkód nigdy nie wyszła w całości na jaw; pozostały raporty, zeznania i zdjęcia.

I wtedy, w odpowiedzi na poważne zagrożenie, jakie inwazja na Irak stwarzała dla starożytnego dziedzictwa kraju, World Monuments Fund uruchomiła w dwa tysiące czwartym roku projekt Future of Babylon. Od tego czasu praktyczna praca konserwatorska przy zabytkach łączyła się z budowaniem lokalnych kompetencji w zakresie dziedzictwa i ze zrównoważonym zarządzaniem turystyką. Od dwa tysiące dziewiątego roku fundacja współpracuje z iracką Państwową Radą Starożytności i Dziedzictwa, między innymi przy Bramie Isztar, przy Świątyni Ninmakh, którą odkopali jeszcze archeolodzy ekspedycji Koldeweya w latach tysiąc osiemset dziewięćdziesiątych dziewiątych – tysiąc dziewięćset czternastych, a później ponownie odsłonili i zrekonstruowali iraccy archeolodzy, oraz od dwa tysiące dwunastego roku przy ekspozycji i ochronie Lwa Babilońskiego, posągu datowanego na dwa tysiące sześćset lat i należącego do najsłynniejszych zabytków archeologicznych w historii Iraku.

Tymczasem codzienność stanowiska wyglądała coraz mniej podniośle. Wewnątrz zewnętrznych murów miejskich irackie ministerstwo naftowe zaczęło budować stację pomiarową dla jednego z trzech rurociągów ułożonych w ostatnich latach. W obrębie terenu mnożyły się domy prywatne, a społeczności wokół Babilonu szybko się rozwijały, przechodząc od niewielkich, zatłoczonych osad do rozległych przedmieść. Babilon jest dziś domem dla wielu ludzi — i to właśnie ta zwyczajna, codzienna obecność okazuje się dla ruin równie groźna jak czołgi.

A jednak miasto nie przestało przyciągać. Dla lokalnych społeczności pozostaje ono częścią własnej historii, obecną w języku i codziennych opowieściach. Z tego zmieszania troski, polityki i lokalnej dumy wyrosła decyzja, która zamyka współczesny rozdział tej historii: w dwa tysiące dziewiętnastym roku, na czterdziestej trzeciej sesji komitetu światowego dziedzictwa, ruiny Babilonu wpisano na listę UNESCO jako obiekt numer dwieście siedemdziesiąt osiem, według kryteriów kulturowych trzeciego i szóstego, w kategorii państw arabskich. Stało się to po nominacji złożonej przez iracką Państwową Radę Starożytności i Dziedzictwa, przy wsparciu World Monuments Fund.

Z perspektywy czasu widać, że przez te wszystkie lata Babilon był równocześnie zabytkiem i lustrem, w którym przeglądały się ambicje władców, lęki żołnierzy, nadzieje archeologów i codzienne potrzeby ludzi mieszkających obok. A przecież przez cały ten czas obok kamienia i cegły rosło coś jeszcze — opowieść. Ta, która nie potrzebowała wykopalisk, bo powstała w Biblii, w legendzie o wieży Babel, w wyobraźni europejskich malarzy. I to ona miała się okazać trwalsza niż mury, które właśnie obracały się w gruz.

12. Babilon w wyobraźni: Biblia, wieża Babel, mit

Paryż, rok dwa tysiące ósmy. W salach Luwru stoi ponad czterysta eksponatów przywiezionych z trzynastu krajów, a obok nich — równie ważnych jak zabytki — obrazy, ryciny, książki. Wystawę przygotowano przy wsparciu Państwowych Muzeów w Berlinie i British Museum, lecz jej ambicją nie było bynajmniej zebranie najpiękniejszych rzeczy z Babilonu. Chodziło o coś znacznie trudniejszego: o pokazanie historii miasta od założenia do upadku i o próbę rozdzielenia tego, co wydarzyło się naprawdę, od tego, co sobie o nim opowiedziano. Dlatego obok archeologicznych zabytków zawisły europejskie wizje Babilonu, powstające od XV wieku.

A jednak najtrwalszym eksponatem tej wystawy była legenda. Bo Babilon przez stulecia był podziwiany i wyklinany jednocześnie — i to nie kolejno, w różnych epokach, lecz równocześnie, w tych samych księgach, w tych samych głowach. Kamień z Eufratu okazał się kruchy. Opowieść okazała się trwalsza niż mury, które obracały się w gruz.

Zacznijmy od tekstu, który zrobił najwięcej. Biblia opisuje Babilon jako miejsce zepsucia i deprawacji, siedlisko wszelkich grzechów i niegodziwości; greccy pisarze, zwłaszcza Herodot, twierdzili, że każda kobieta musiała tam oddać się przybyszowi z zewnątrz. Miasto pojawia się nieprzychylnie w Księdze Daniela, u Jeremiasza, u Izajasza, a najsłynniej w Księdze Apokalipsy, gdzie staje się imieniem dla wszystkiego, co ma upaść. Uczony Paul Kriwaczek zauważył z przekąsem, że Babilon „może wprost zrzucić winę za swoją złą sławę na Biblię”. I miał rację w sensie dosłownym: to nie wykopaliska, nie Herodot, nie greccy podróżnicy, lecz biblijni skrybowie uczynili z tego miasta pojęcie.

W samym środku tej opowieści stoi wieża. Księga Rodzaju opowiada, jak ludzie postanawiają zdobyć sobie imię i zaczynają wznosić budowlę sięgającą niebios. Bóg widzi w tym zagrożenie — obawia się, że jeśli ludzie osiągną swój cel, zyskają moc podejmowania innych przedsięwzięć i zakłócą naturalny porządek. Miesza więc języki, a wieża pozostaje niedokończona. Potem dochodzi jeszcze jedno piętro nieporozumienia: akadyjskie bav-il, „brama bogów”, odczytano po hebrajsku jako bavel, czyli „zamieszanie”, i tak nazwa miasta stała się wyrokiem. Babilon, brama bogów, zamienił się w bramę pomieszania.

Ale pod tą literacką konstrukcją tkwił całkiem realny widok. Samuel Noah Kramer wyjaśniał opowieść o wieży Babel jako próbę wytłumaczenia wielu zigguratów, w tym babilońskiego, które podróżni zastawali w ruinie. Dla Hebrajczyków, którzy widzieli te ogromne, osypujące się stopnie, wniosek nasuwał się sam: to musi być kara za pychę. Co innego widzieli Sumerowie. Dla nich ziggurat nie był aktem zuchwalstwa, lecz formą komunii między sferą śmiertelników a sferą boską. Ten sam stos cegły znaczył więc dwie przeciwne rzeczy — zależnie od tego, kto na niego patrzył.

A była to budowla, która musiała zapierać dech. Etemenanki, „dom fundamentu nieba i ziemi”, miał podstawę o boku około 91 metrów, siedem stopni, z których najwyższy mieścił świątynię pokrytą niebieską glazurą, i wysokość równą długości boku podstawy. Nawet w ruinie było to wzgórze, którego nie dało się ominąć wzrokiem.

Obok wieży w wyobraźni osiadły ogrody. Grecy nazwali je wiszącymi ogrodami Semiramidy i uznali za jeden z cudów świata. Najdokładniej opisał je Diodor Sycylijski, opowiadając o tarasach wznoszących się jeden nad drugim jak w teatrze, o galeriach dźwigających ciężar ziemi, o warstwach trzciny, bitumu, wypalanej cegły i ołowiu, które miały nie przepuszczać wilgoci, i o maszynach czerpiących wodę z rzeki tak, by nikt z zewnątrz nie widział, jak to czynią. Samą Semiramidę wiąże się z asyryjską królową Sammu-Ramat, panującą w latach osiemset jedenastym–osiemset szóstym przed Chrystusem. I tu zaczyna się kłopot, bo nie zachował się żaden babiloński tekst, który wspominałby te ogrody. Część uczonych sądzi więc, że nigdy ich nie było, a niemiecki archeolog Robert Koldewey, który odkrył w północno-wschodnim narożniku pałacu osobliwy zespół komór fundamentowych i sklepień, być może znalazł tylko ich podbudowę — albo nic. Inni twierdzą, że słynny ogród zbudował Sennacheryb, tyle że w Niniwie, swojej własnej stolicy. Legenda miała więc może dwie kolebki i jedna z nich była podszyta pomyłką.

Do tego doszła jeszcze jedna scena, która przeszła do kultury jako obraz raczej niż jako wydarzenie: uczta Baltazara i słowa wypisane na ścianie. W Biblii Baltazar jest ostatnim władcą Babilonu. Źródła klinowe znają zaś Belsazara, syna Nabonida, który przez dekadę zastępował ojca w mieście, gdy ten prowadził kampanię w Arabii. Z tego splotu — regenta, upadku i nocnej uczty — wyrosła opowieść o tym, jak potęga waży się w jednej chwili i zostaje zważona, policzona, podzielona.

Grecy patrzyli na to inaczej. Pisarze klasyczni wspominali Babilon z podziwem, nie z odrazą. To im miasto zawdzięczało reputację miejsca wspaniałego, a nie przeklętego — choć to również oni zawyżyli wymiary murów tak, że do dziś trzeba je korygować. Przez stulecia oba spojrzenia krążyły obok siebie: wschodnie i zachodnie, biblijne i helleńskie, potępiające i zachwycone. Mit Babilonu nawiedzał europejską wyobraźnię od dwóch tysięcy lat i nic nie wskazywało, by miał się jej pozbyć.

Wieża Babel, wiszące ogrody, uczta Baltazara, upadek miasta — cztery obrazy, które inspirowały artystów, pisarzy, poetów, filozofów i filmowców. Każda epoka brała z nich to, czego potrzebowała: średniowiecze karę, renesans skalę, wiek dziewiętnasty egzotykę, wiek dwudziesty — przemysłową potęgę i jej kruchość. Wizerunek Babilonu w literaturze, dopełniony tym, co znaleziono podczas prac archeologicznych, daje jednak jeszcze inny obraz: nie kary, nie baśni, lecz miasta z cegły, z rachunkami, z kanałami i z urzędnikami.

I to jest właśnie najciekawszy paradoks tej historii. Wykopaliska, które odsłoniły Bramę Isztar i Drogę Procesyjną, nie zniszczyły mitu — one go urealniły. Okazało się, że legenda nie kłamie w kwestii skali, kłamie tylko w kwestii sensu. Miasto było ogromne, ale nie było karą. Było przedsięwzięciem.

Dziś, gdy ruiny nad Eufratem są wpisane na listę światowego dziedzictwa, a tysiące Irakijczyków odwiedzają je co roku, spór o Babilon trwa dalej — tylko przeniósł się z ksiąg do konserwatorskich raportów. Bo o miejscu tak długo opowiadanym trzeba w końcu zdecydować: czy chronimy cegłę, czy opowieść. A może — po raz pierwszy od dwóch tysięcy lat — jedno i drugie naraz.

Zakończenie

Dziś, stojąc na krawędzi pustynnego wykopu w Atlal Babil, trudno oprzeć się wrażeniu, że patrzymy na coś więcej niż na kopce wypalonej cegły i warstwy gruzu przesiane przez sitka archeologów. Miasto, które przez tysiąclecia było bramą bogów, a w oczach późniejszych pokoleń stało się bramą do piekieł, nie zniknęło bowiem wraz ze swymi murami. Zniknęło wraz z ostatnim mieszkańcem, który pamiętał jeszcze znaczenie procesyjnej drogi, i wraz z ostatnim skrybą, który potrafił odczytać klinowe znaki na glinianej tabliczce.

Ironia losu sprawiła, że najtrwalszym dziełem Babilonu nie okazały się mury obronne, pałace ani ziggurat, lecz opowieść. Biblia, pisarze klasyczni, średniowieczni pielgrzymi, europejscy malarze i dziewiętnastowieczni podróżnicy budowali własny Babilon, miasto grzechu, pychy i pomieszania języków, które miało niewiele wspólnego z rzeczywistym ośrodkiem nad Eufratem. Prawdziwe miasto trzeba było dopiero odkryć na nowo. I stało się to dopiero wtedy, gdy Robert Koldewey w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku rozpoczął pierwsze wielkoskalowe wykopaliska w ziemi pokrywającej Bramę Isztar, a odsłonięte fragmenty wywieziono do Berlina, gdzie do dziś stoją w muzealnej sali niczym dekoracja teatralna.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że Babilon przegrał z własnym mitem. Miasto upadło, jego mury rozebrano, świątynie obrócono w ruinę, a wody Eufratu zmieniły bieg, pozostawiając ruiny na pustkowiu. A jednak imię przetrwało wszystko: imperia, najazdy, zapomnienie, a nawet dyktatora, który w latach osiemdziesiątych kazał wykuwać swoje imię na nowych cegłach obok imienia Nabuchodonozora, jakby chciał wejść w cudzą legendę. Wpis na listę światowego dziedzictwa w dwa tysiące dziewiętnastym roku był tylko formalnym potwierdzeniem tego, co stało się znacznie wcześniej: że Babilon istnieje dziś nie w przestrzeni, lecz w pamięci.

Być może więc pytanie nie brzmi, czy uda się uratować resztki starożytnego miasta przed erozją, wojną i turystami, lecz czy kiedykolwiek zdołamy zobaczyć Babilon takim, jakim był naprawdę, bez warstwy legendy, którą sami na nim zbudowaliśmy.